Ten doskonale znany artysta, prywatnie okazał się niezwykle miłym, sympatycznym człowiekiem. A przede wszystkim profesjonalistą. - Czasami nadużywamy tego słowa, ale Julio Iglesias to naprawdę mistrz profesjonalizmu - mówi o Julio Iglesiasie Marek Sierocki, popularny polski dziennikarz muzyczny. 19 lat temu był odpowiedzialny za realizację recitalu Julio Iglesiasa dla telewizyjnej „Jedynki”.

Co takiego ma w sobie Julio Iglesias, co pozwala mu od ponad pół wieku utrzymywać się w gronie najlepszych i najpopularniejszych artystów na świecie?


Z jego twórczością zetknąłem się już w rodzinnym domu. Byłem kiedyś na jego koncercie w warszawskiej Sali Kongresowej, mam całą kolekcję płyt. Podczas imprez rodzinnych, to piosenki Julio Iglesiasa idealnie rozkręcają atmosferę. Z jednej strony są to nastrojowe utwory, z drugiej, bardzo radosne, energetyczne przeboje. Słuchają go zarówno młodsi jak i starsi odbiorcy, którzy zachwycili się przede wszystkim jego głosem, szlachetnymi aranżacjami utworów czy ich melodyjnością. Przełomowa chyba była piosenka „Begin The Beguine”. Za jej sprawą, w latach osiemdziesiątych, zaczął osiągać sukcesy poza swoją ojczyzną. To był pierwszy anglojęzyczny utwór Iglesiasa, który trafił na listy przebojów w innych krajach i od razu stał się numerem jeden w Anglii. Zresztą ogromna siła artysty tkwi także w tym, że Julio Iglesias nagrywa w kilku językach. Po hiszpańsku, włosku, niemiecku, angielsku… Trafia do kolejnych pokoleń fanów już niemal na całym świecie. On ma bardzo charakterystyczny, lekko wibrujący głos.  Jest jedyny i niepowtarzalny. Poza tym Julio Iglesias słynny jest też ze swoich podbojów miłosnych, legendy krążyły na ten temat (śmiech).


Kiedy pan go poznał osobiście?


To był 2000 rok. Robiliśmy recital z serii „Gwiazdy w Jedynce”. Byłem wtedy szefem redakcji rozrywki w programie pierwszym telewizji. Julio Iglesias nas odwiedził. To było duże przeżycie dla wszystkich, mieliśmy do czynienia z jedną z wielkich światowych gwiazd. I ten doskonale znany artysta, prywatnie okazał się niezwykle miłym, sympatycznym człowiekiem. A przede wszystkim profesjonalistą. Czasami nadużywamy tego słowa, ale Julio Iglesias to naprawdę mistrz profesjonalizmu.


Dbającym o każdy detal?


Dostaliśmy od niego konkretne wytyczne, projekt, jak ma wyglądać scenografia na scenie. Pojawiła się też prośba, by zagrali z nim polscy muzycy. Dzięki temu perkusista Marek Surzyn i Piotr Iwicki, grający na instrumentach perkusyjnych, mają w swoim CV występ z Julio Iglesiasem. Sam artysta przyjechał ze swoimi chórzystkami. Kiedy pojawił się na planie i zobaczył gotową, bardzo elegancką, scenografię, rzucił tylko jedno słowo: „Excellent”. Oprócz koncertu była jeszcze rozmowa, którą przeprowadzał Maciej Orłoś. Na drugi dzień przyjechał ze swoim menadżerem, by zobaczyć wstępny montaż. Byli zachwyceni! Odkupili od Telewizji Polskiej materiał i przez kilka kolejnych lat, gdy Julio jeździł gdzieś na wywiady telewizyjne, to miał ze sobą kasetę z tym programem. I nagrany w Polsce recital wykorzystał do światowej promocji. Bardzo chwalił naszą realizację, technikę… Myślę, że to nie były tylko puste słowa.


Tym bardziej, że podobno zaprosił całą waszą ekipę na kolację po koncercie?


Na drugi dzień po nagraniu zaprosił nas na kolację do hotelu Bristol. Podczas tego spotkania Julio powiedział nam: „Jesteście naprawdę fantastycznymi ludźmi. Świetnie pracujecie. Ale dlaczego wy jesteście tacy poważni i w ogóle się nie uśmiechacie?”. Odpowiedzieliśmy także pytaniem: „Ile dni w ciągu roku, w Hiszpanii, czy innym miejscu, gdzie mieszka, świeci słońce?”. On na to, że przez ponad dwieście dni. No to usłyszał, że u nas, przez dwieście dni pada, deszcz, albo śnieg, lub deszcz ze śniegiem. Zrozumiał (śmiech). Pokazał, że jest bardzo dowcipnym, inteligentnym człowiekiem.



Za niespełna miesiąc będziemy celebrować 50-lecie scenicznej działalności podczas koncertu Julio Iglesiasa na warszawskim Torwarze. Czego pan się spodziewa po tym koncercie?


Wielką sztuką jest utrzymywanie doskonałej formy przez tyle lat. To świadczy też o wyjątkowości tego artysty. Ja najbardziej lubię jego klasyczne hity. Chętnie posłuchałbym „Amor, amor, amor”, czy wspomniany już „Begin The Beguine”.


Enrique Iglesias, ma szansę dorównać słynnemu ojcu?


Nie, nie. To są  inne pokolenia, dwa odmienne podejścia do show-biznesu, dwie całkiem inne stylistyki. I nie ma co ukrywać, dwa zupełnie inne charaktery. Enrique Iglesias jest jednym z popularniejszych obecnie artystów na świecie, co kilka miesięcy ma kolejny utwór. Część może przejdzie do kanonu muzyki rozrywkowej typu „Bailamos”, natomiast większość to taneczne przeboje, które rozbrzmiewają przez kilka miesięcy, a potem raczej o nich zapominamy.


Rozmawiała: Ola Szatan