Poszukiwanie skarbów to dla większości z nas oznacza przeczesywanie zapomnianych ruin, odkopywaniem szkieletów i wyprawy w egzotyczne miejsca w kapeluszu a’la Indiana Jones. Proza życia jest niestety, znacznie mniej romantyczna i oznacza długie wędrówki z wykrywaczem metali, a na dodatek oznacza również balansowanie na granicy prawa. Przynajmniej tak było dotychczas, bo od nowego roku poszukiwanie skarbów może się skończyć w więzieniu.

Przewiduje to uchwaloną we wrześniu znowelizowana ustawa o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami. Głównym zamiarem ustawodawcy było zwiększenie ochrony grobów żołnierzy, miejsc kultu i pamięci przed hienami i dewastatorami. Ponieważ mamy coraz więcej archeologów amatorów, w ocenie rządzących, trzeba było nieco poskromić ich zapędy. W efekcie mamy, jak zawsze, dziurawe prawo.
Czym innym jest dewastowanie historycznych miejsc, a czym innym poszukiwanie pozostałości historii przez pasjonatów.
„Kto bez pozwolenia albo wbrew warunkom pozwolenia poszukuje ukrytych lub porzuconych zabytków, w tym przy użyciu wszelkiego rodzaju urządzeń elektronicznych i technicznych oraz sprzętu do nurkowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”.
Ten artykuł będzie obowiązywał od 1 stycznia 2018 roku. Ustawodawca musi być z siebie bardzo zadowolony, bo jednym przepisem zapewnił wieczny spokój tysiącom żołnierskich mogił i sprawił, że miejsca pamięci będą traktowane z należnym im szacunkiem. To zresztą typowe dla naszego prawodawstwa, które naiwnie wierzy, że zaostrzenie kar zapewni nam powszechne bezpieczeństwo. Ale nie pomyśleli o tym, żeby ochronę zabytków rozpocząć od definicji zabytku.
Zgodnie z obecnie obowiązującym prawem, zabytek to „nieruchomość lub rzecz ruchomą, ich części lub zespoły, będące dziełem człowieka lub związane z jego działalnością i stanowiące świadectwo minionej epoki bądź zdarzenia, których zachowanie leży w interesie społecznym ze względu na posiadaną wartość historyczną, artystyczną lub naukową”.
A co do poszukiwania skarbów, to lepiej by było, gdyby zamiast zaostrzania kar, zastanowić się nad odpowiednim brzmieniem prawa.
Warto teraz wrócić do wspomnianego nowego przepisu. Zgodnie z nim, poszukiwanie zabytków może zakończyć się nawet dwuletnim pobytem w więzieniu. Wystarczy zatem, żeby ktoś przyłapany z wykrywaczem metalu w rękach powiedział, że szuka zgubionego łańcuszka albo obrączki i boi się, że żona na niego nakrzyczy, jak nie znajdzie, a powinien zostać puszczony wolno. No bo przecież skąd może wiedzieć, że akurat zupełnym przypadkiem znajdzie zabytek? Niewątpliwie, ustawodawca dość warunkowo potraktował podejście do penalizowania jakiegoś zachowania. Wychodzi na to, że sam fakt, że ktoś może zostać przestępcą, zależy wyłącznie od tego, co mu się uda odnaleźć.
Sami poszukiwacze skarbów twierdzą, że nowe prawo niczego nie zmieni. W dużej mierze i tak wszystko zależy od tego, co zatrzymany naśladowca Indiany Jonesa ma przy sobie. Jeżeli policjanci uznają, że te kilka monet z okresu PRL to już zabytek, to konsekwencją zatrzymania może być np. przeszukanie mieszkania. Chodzi o magiczną formułkę „zachodzi prawdopodobieństwo posiadania przedmiotów pochodzących z przestępstwa” i kłopoty murowane. Tylko czy tak powinna wyglądać ochrona zabytków w naszym kraju?
Niedawno Krystian Matejko opisywał zabawę, która nazywa się geocaching. To rodzaj aktywności, który łączy ze sobą wszystkie plusy poszukiwania skarbów, a jednocześnie nie niesie ze sobą ryzyka złamania prawa. No, chyba że szukamy skrzynek, włamując się do sąsiada, ale to zupełnie inna kwestia. Jeśli poszukiwanie skarbów jest czymś, co lubisz, a jednocześnie nie masz w sobie żyłki hazardzisty, to warto spróbować mniej ryzykownej formy tej rozrywki.