Prokuratura będzie wyjaśniać kulisy akcji ratunkowej w Jaskini Wielkiej Śnieżnej w Tatrach. Wpłynęło doniesienie w sprawie nieudzielenia profesjonalnej pomocy grotołazom i błędów popełnionych podczas akcji ratunkowej.

Informację potwierdziła dla WP szefowa zakopiańskiej prokuratury Barbara Bogdanowicz. - Czynności będą prowadzone pod kątem nieudzielenia pomocy grotołazom przez TOPR. Aby zachować bezstronność w tej sprawie, nasza prokuratura przekaże sprawę do innej jednostki - powiedziała prokurator Bogdanowicz.

Śledztwo wyjaśni kulisy akcji ratunkowej

Śledztwo ma wyjaśnić, czy wykorzystano wszystkie środki, aby akcja zakończyła się powodzeniem. Chodzi o sytuację sprzed kilku dni, kiedy ratownicy TOPR dotarli do ciała jednego z grotołazów. Naczelnik TOPR Jan Krzysztof oświadczył, że drugi z uwięzionych grotołazów najpewniej nie żyje. W efekcie akcja zmieniła charakter i przestała być pilna. Z jaskini wycofano grupę TOPR. Dopiero po apelu kolegów grotołazów, że jest zbyt wcześnie, aby odpuszczać, TOPR wznowił działania.

- Sytuacja, w której TOPR może jedynie przypuszczać, że obaj nasi koledzy nie żyją i odwołuje akcję, to zaprzeczenie idei ratownictwa - mówi jeden z grotołazów. - Były przypadki, kiedy ludzi wyciągano po wielu dniach na powierzchnię, przeżyli mimo głębokiej hipotermii - dodaje.

Ciało pierwszego z grotołazów jest widoczne dla ratowników TOPR. Jednak wciąż pozostaje poza ich zasięgiem. Widać je przez wąską szczelinę w świetle latarek. Tego miejsca nie udało się jeszcze pokonać ratownikom. TOPR przypuszcza, że widoczny obok fragment czerwonego materiału to drugi grotołaz.

Konflikt ratowników górskich i jaskiniowych

Drugi wątek sprawy dotyczy konfliktu wokół udziału w akcji Grupy Ratownictwa Jaskiniowego i wielu doświadczonych grotołazów, którzy natychmiast po wypadku zgłosili się do pomocy. Nalegali oni, aby do prac w jaskini Wielkiej Śnieżnej zaangażować jak najwięcej specjalistów. Tak jak to miało miejsce podczas głośnych akcji ratunkowych w Tajlandii czy w Niemczech. W zakończonej sukcesem akcji ratunkowej w jaskini Riesending w Bawarii brało udział aż 700 ratowników z kilku europejskich krajów.

- Ta sprawa musi być wstrząsem dla służb ratunkowych. Ambicje naczelnika TOPR, który chciał działać sam, nie mogą przesądzać o losie poszkodowanych - komentuje drugi rozmówca WP. - Najlepsi taternicy jaskiniowi w tym kraju byli gotowi dotrzeć do uwięzionych od strony trudnych partii jaskini. TOPR mógł działać równolegle. Wtedy wykorzystane byłyby wszystkie szanse na ratunek - dodaje.

Zastrzega, że nikt nie odmawia kompetencji TOPR-u w górach na powierzchni. W przypadku jaskiń akcje ratunkowe są o wiele trudniejsze i bardziej skomplikowane. Dlatego powinien powstać wspólny sztab, wykorzystujący wiedzę i doświadczenia wszystkich organizacji. Dodajmy, że system szkoleń ratowników GRJ w żaden sposób nie odstaje od standardów i jakości szkoleń górskich ratowników TOPR. W pierwszych, kluczowych godzinach zabrakło takiej współpracy.

Jaskinia Wielka Śnieżna. Miejsce akcji ratunkowej. Szkic opracowany przez jednego ze speleologów. Trasę zaznaczoną na żółto chcieli pokonać ratownicy GRJ i grotołazi.

Prosimy o zaufanie

Naczelnik TOPR Jan Krzysztof już wcześniej odnosił się do pojawiających się zarzutów. Tłumaczył, że nie było potrzeby pomocy. - Nie chodzi o to, aby rzucić dużą grupę ludzi, która będzie wzajemnie sobie przeszkadzać i stanowić zagrożenie - powiedział dziennikarzom. Wyjaśnił, że nie miał przekonania, iż udział innych ratowników wniósłby coś istotnego do akcji. Tymczasem TOPR dopuszczając innych ludzi do akcji, ponosiłby za nich odpowiedzialność.

- Rozumiemy reakcję ludzi, rodzin, oczekiwania kolegów, ale musimy pewne rzeczy na zimno analizować. Musimy postępować racjonalnie. Bardzo prosiłbym, aby nam zaufać. Robimy wszystko, co jest możliwe - powiedział naczelnik TOPR.

Strażak zjechał do jaskini

Akcja ratunkowa w jaskini Wielkiej Śnieżnej wywołuje ogromne emocje nie tylko wśród kolegów grotołazów i środowiska taterników. Jeden z zawodowych strażaków biorących udział w akcji, po zakończeniu służby wszedł do jaskini i próbował dotrzeć do poszkodowanych na własną rękę. Szedł z innym taternikiem jaskiniowym. Zawrócono ich z głębokości 300 metrów.

Nie podano jednak, co dokładnie skłoniło strażaka do dramatycznej decyzji. Komentarza w tej sprawie odmówił rzecznik krakowskiej straży pożarnej.